Zadzwoniłam po Louisa, miał po nas przyjechać za
piętnaście minut. Poinformowałam też mamę Abb, że zabieram ją do siebie na
jakiś czas, nie protestowała. Abby siedziała zapłakana, ja ją tylko
przytulałam. Doskonale wiedziałam jak się teraz czuła. Musiałam zabrać ją
daleko stąd. Mam plan. Polecę z nią na kilka dni do port Angeles, odreaguje. To
był genialny pomysł, ale dzisiaj zabierałam ją do siebie i miałam zamiar
zabukować bilety.
Lou przyjechał faktycznie punktualnie. Zapakowałyśmy się
do jego auta. Usiadłam z tyłu z moją przyjaciółką przytulając ją. Była ciągle
taka smutna. Louis patrzał na nią z politowaniem. Po kilkunastu minutach
dojechaliśmy do mojego domu. Zaprowadziłam dziewczynę do kuchni, a Lou wniósł
bagaże i się zmył. Zaparzyłam nam herbatę. Piłyśmy ją w ciszy. Nie miałam już
pojęcia co jej powiedzieć. W końcu zaproponowałam.
- Abby, wybierzesz się ze mną na kilka dni do Port
Angeles? Chciałabym odwiedzić mamę.
- Spoko. Odreaguję troszkę.
- Cieszę się. – Wymusiłam na moich ustach uśmiech. –
Będziesz miała coś przeciwko jeśli zaproszę chłopaków? Rozluźnimy atmosferę.
- Jak dla mnie spoko. Pobawimy się może. Tylko nie
zapomnij im powiedzieć żeby kupili alkohol. Bo na sucho dzisiaj nie będzie
zabawy.
- Okej. – Powiedziałam i wybrałam numer telefonu Louisa.
– Hej.
- No cześć.
- Dzwonię do was w pewnej sprawie.
- Zamieniam się w słuch.
- Macie ochotę na małe topienie smutków w alkoholu?
- Trzeci dzień picia? Jak dla mnie spoko.
- Tylko kupcie coś jak będziecie jechali. Bo ja już nic w
szafkach nie mam.
- Okej, kupimy coś, a raczej ja kupię.
- To do zobaczenia.
Nie musiałyśmy czekać na nich długo. Przyjechali z
kilkoma flaszkami i topiliśmy razem swoje smutki. Przedstawiłam im swoje plany,
wyjazdu na kilka dni. Louis się zapierał, że z nami pojedzie. No i musiałam się
zgodzić, nie dalby nam spokoju jakbyśmy się nie zgodziły. Czyli miałam
zabukować już trzy bilety. Nie przeszkadzało mi to, że chciał jechać. Tylko
Jake i Miles mogli nie zareagować dobrze na wieść o nim. Musiałam uprzedzić
moją przyjaciółkę z Port Angeles, że będzie musiała odebrać nas trójkę. Na
Jake’a w tej kwestii nie miałam co liczyć.
Abby po kilku kieliszkach zaczynała się śmiać. Ja z
Louisem postanowiliśmy trzymać starą tradycję i nie piliśmy za dużo, bo ktoś
musiał tego towarzystwa pilnować. W końcu Abby coś odwaliło i wybrała jakiś
numer telefonu. Do kogoś dzwoniła. Wszyscy się śmiali tylko ja z Lou nie
wiedzieliśmy o kogo chodzi. Po jakimś czasie dziewczyna się odezwała.
- Halo kochanie? – Miała pijany głos. – Przepraszam za
ten zwrot, chyba nie powinnam już tak cię nazywać.. Nieprawdaż? Ale wiesz co
mam ci jedno do powiedzenia. Nikt nigdy w życiu mnie tak nie zranił jak ty.
Jesteś chujem! A pamiętasz jak mówiłeś to samo o Louise?! To powiem ci tyle, że
jesteś od niego gorszy! Przyjaciół się nie zostawia! Nie zostawia się tych,
którym wszystko zawdzięczasz. Gdyby nie oni byłbyś dzisiaj nikim. I wiesz co. A
rób sobie tą swoją karierę solowa, przekonasz się jak to jest być nikim. I nie
myśl, ze będę po tobie płakała, za takimi chujami się nie płacze. – I się
rozłączyła. – No co? – Zapytała się.
- Nic, widzę starą Abby. – Powiedział zdziwiony Niall.
- Czyli wracamy do Abby sprzed wielkiej miłości? –
Zapytałam.
- Tak Cam, znowu mam zamiar być chamska. Nie interesuje
mnie już ten kretyn. Kiedyś i tak będzie się musiał zmierzyć z przeszłością. I
wtedy przede mną nie ucieknie.
- Mądre słowa dziewczyno! – Powiedział Zayn. – Za mądre
słowa dziewczyny!
I dalej chlali. Nieźle się dzisiaj zalali. Po tym całym
wieczorze doszło do tego, że wszyscy stwierdzili, iż dobrze zrobi im
odpoczynek. Postanowili ze mną jechać do Port Angeles. Genialnie, ja, Abb i
czterech wariatów na głowie. A najlepsze jest to, że chcieli jechać jutro.
Zabukowaliśmy bilety na 9.00 i poszliśmy spać. Zayn, Harry i Niall rozłożyli
sobie kanapę w salonie, ja z Lou poszliśmy do mojej sypialni, a Abb do
gościnnego.
*następnego dnia*
Jak na wariackich papierach. Zbieraliśmy się na samolot.
Jeśli się nie pospieszymy to się spóźnimy. Chłopcy zabrali bagaże i grzaliśmy
ich vanem na lotnisko. Oczywiście Zayn zaspał. Abby dzisiaj się nawet, że
uśmiechała. Niesamowite ile może zdziałać jeden wieczór z przyjaciółmi. Właśnie
pisałam do Miles: To jak przyjedziesz po
nas? Załatw vana ;D . Ona odp: Po co
vana? Będziecie przecież we dwie. Az tyle bagażu? A ja: Wiozę ze sobą całe 1D. Miles: OMG. ;o. No i skończyłam z nią pisać, bo
właśnie dojeżdżaliśmy na lotnisko. Bez problemu przeszliśmy przez odprawę i
pognaliśmy do samolotu. Wystartowaliśmy zgodnie z planem. Abby siedziała z
Harrym i ciągle o czymś gadali. Zayn usiadł z Niallem, wiedział, że ten będzie
ciągle jadł więc się wyśpi. Ja siadłam z Lou. Tak jakoś, lubiłam z nim
przesiadywać. Teraz rozumiałam na czym polega nasza przyjaźń. My nie potrafimy
bez siebie żyć. Tak bardzo jesteśmy ze sobą związani. Przytuliłam się do
chłopaka.
- Co będziemy robili w Port Angeles? – Zapytał.
- Spędzimy naszą paczką boskie kilka dni. Zabierzemy
Miles i Jake’a. – Na dźwięk tego drugiego imienia chłopak się skrzywił. – A ty
co zazdrosny już?
- Tak. Jestem zazdrosny i nie wstydzę się do tego
przyznać.
- Dziwne, bo nawet nie jesteśmy parą.
- Ale się kochamy i daliśmy sobie czas na stop.
- Nie powinieneś być o niego zazdrosny. To tylko
przyjaciel, byłam z nim, nie wyszło nam.
- Cieszę się.
- Dzięki.
- Nie zrozum mnie źle, ale gdyby wam wyszło nie byłoby
cię teraz tutaj. Potrzebuję cię jak powietrza.
- Wiem do kiedy damy sobie czas, kiedy się ujawnimy,
kiedy znów będziemy razem.
- Kiedy?
- Dowiesz się w swoim czasie. Wtedy wydaje mi się, że
będę już gotowa.
- Twoja mama będzie w domu?
- Tak. Na razie pracuje na miejscu, nie wysyłają jej
nigdzie. Nie przemęcza się tak.
- Musi czuć się samotna.
- Pewnie tak. Proponowałam jej żeby przeprowadziła się ze
mną, ale ona kocha Amerykę.
- Nie żeby coś, ale ja nie przepadam za klimatem. Tam
gdzie mieszka twoja mama jest tak zimno, mokro.
- Wiem, masakra no nie?
- Dokładnie, choć i w Londynie często pada. Musimy zacząć
ci szukać sukienki na VMA.
- Ehh, no tak. Zapomniałam. Ale spokojnie, damy radę.
Będziecie musieli wystąpić z Liamem?
- Nie, gadaliśmy z Paulem, Liam już nie jest członkiem
zespołu, zerwał kontrakt. A razem z tym stracił prawo do piosenek. Teraz my we
czwórkę mamy wyłączność na wykonywanie ich. On musiał zapłacić karę za zerwanie
kontraktu przed końcem jego trwania. Ale to były grosze w porównaniu z tym co
zarobił.
- Czyli jakbyście zdobyli statuetkę to Liam nie ma już do
niej prawa?
- Dokładnie. To będzie nasza statuetka, a nie jego.
- Jakiż ty pewny wygranej.
- Nie jestem pewny, po prostu mam przeczucie.
- Louis i jego niezawodna intuicja, która czasami się
myli.
- Ano zdarza się. Ale nie tylko mnie. Tobie też.
Resztę lotu siedzieliśmy i gadaliśmy o pierdołach. Zayn
cały lot przespał. Ale u niego to standard. Za kilkanaście minut mieliśmy
lądować w Seattle. Po części nie mogłam się doczekać. Ale byłam padnięta.
Zaczęłam rozplanowywać gdzie kto śpi. Miałam dwa gościnne w Port Angeles.
Louisa ulokuję z Harrym, Zayna z Niallem, a ja będę spała z Abb. Mi pasował
taki układ, nie wiem jak chłopakom. Zaczęło się lądowanie. Wyszliśmy z samolot,
odebraliśmy bagaże i usłyszałam krzyk wściekłych fanek. Skąd ja to znałam.
Chłopcy nie mieli siły na dawanie autografów więc zaczęliśmy szukać Miles. Ale
to ona znalazła nas. Zobaczyła tłum dziewczyn. Rzuciłyśmy się sobie w objęcia.
Przedstawiłam jej wszystkich chłopców. Cieszyła się jak wariatka. Tylko na
Louisa zrobiła lekko krzywą minę. Zaprowadziła nas do vana, którego chyba
pożyczyła od rodziców. Po drodze wstąpiliśmy do spożywczego po jakieś tam
jedzenie, bo dla Nialla lodówka to za mało. Po dwóch i pół godziny byliśmy w
domu. Mieliśmy jutro się zgadać z Miles. Weszliśmy do domu. Chłopaki zrobili
jedno wielkie wow. Mama siedziała w salonie. Od czasu choroby włosy jej urosły,
miała w zasadzie fryzurę na chłopaka, ale lepsze to niż nic. Przytyła.
Wyglądała zdecydowanie lepiej. Zawołałam ja.
- Mamo! – Przyszla do mnie. – Chciałabym ci przedstawić
Harrego i Zayna, resztę już znasz.
- Witam dzieciaki. Jak tam minęła podróż?
- Męcząca proszę panią. – Odpowiedział Harry.
- No to jedzcie i do spania. – Powiedziała a Niall
poszedł do kuchni, zaraz za nim wszyscy inni. – Camila, mogę cię na chwilę
poprosić?
- Jasne mamo. – I odeszłyśmy na bok. – O co chodzi?
- Pogodziłaś się z Louisem?
- Jak widać, tak. – Mama nie wyglądała na zadowoloną z
tego powodu.
- Wiesz, to miły chłopak, ale nie chcę żeby znowu cię
skrzywdził.
- Jesteśmy tylko przyjaciółmi mamo. Między nami nic nie
ma.
- Wierzę ci. A teraz idź do swoich gości i zrób im coś do
jedzenia. O ile Niall jeszcze wszystkiego nie zjadł.
Zaczęłam się śmiać i poszłam do kuchni. Zrobiliśmy sobie
naleśniki. Zajadaliśmy je ze smakiem śmiejąc się. Potem poszliśmy spać według
mojego pomysłu. Widziałam, ze Lou nie był zbytnio zadowolony, że musi dzielić
łóżko z Harrym, ale w końcu chyba to zaakceptował. Wszyscy poszliśmy spać
szykując energię na jutro.
No to mamy rozdział 37. Wiem, że ten jest denny. Nie
miałam pomysłu jak rozwinąć ten dzień. I tak jakoś wyszło. ;D
Zostaw po sobie slad! CZYTASZ=KOMENTUJESZ DLA CIEBIE TO TYLKO CHWILA, DLA MNIE MOTYWACJA!
zajebiste już nie mogę się doczekać na dalej . .
OdpowiedzUsuńA.S. ;P
boski :)
OdpowiedzUsuńnie pisz po każdym rozdziale, że jest krótki, nudny albo denny!!! to wcale nie zachęca do czytania, a ja chcę czytać dalej! haha :)))))))
OdpowiedzUsuń