Wstałam dość późno i od razu wzięłam się za porządki. No
bo, żeby zdążyć po tego wariata musiałam wyjechać o 15.30. Bo niestety przyloty
z Londynu są do Seattle. Zaczęłam od swojego pokoju. Powrzucałam do szafy
wszystkie porozwalane po pomieszczeniu ubrania. Zeszłam na dół do kuchni. Jak
się okazało lodówka była zupełnie pusta. Musiałam wybrać się na zakupy, a
miałam już tylko trzy godziny!
Zdecydowałam się na pobliski spożywczak. Kupiłam cztery kilo marchewki,
tak na zapas. Wiedziałam, że Lou kilogram potrafi przekąsić ot tak sobie. I od
kogo ja się zaraziłam tą marchewkomanią? Wszyscy na ulicy patrzyli na mnie jak
na wariatkę. Dziewczyna idąca z całą reklamówką marchewek. Interesujące. Oprócz
marchewek kupiłam coś tam jeszcze ale zbytnio nie patrzyłam na to co wrzucam do
koszyka. Weszłam do domu. Do kuchni. Przy stol siedziała mama. Gdy rzuciłam
zakupy na stół spojrzała na mnie jak na wariatkę.
- Po co ci tyle marchewek?
- Louis lubi marchewki. Lubi to słabe określenie, on je uwielbia.
- I zjecie te kilka kilo marchewek w niecałe dwa dni?
- Ich nie będzie już dzisiaj mamo. – Powiedziałam z grozą
w głosie.
- Louis jest chińczykiem?
- Nie! – Zaczęłam się śmiać. – Po prostu, lubi marchewki.
- Radziłabym ci się zbierać. Jest już trzynasta. Za dwie
i pół godziny musisz wyjechać.
- Wiem, idę zmienić pościel w pokoju gościnnym.
- Ja idę do siebie na górę.
- Będziesz spała jak wrócimy?
- Postaram się nie zasnąć, chcę poznać miłość mojej
córki.
- No mi się wydaje. Idę dalej sprzątać.
No i do godziny 15 posprzątałam cały dom. Miałam dużo
tego sprzątania. O 15.30 wsiadłam do mojego ukochanego porsche. Tak długo nie
jeździłam, że chyba zapomniałam jak to się robi. A jednak nie, z jazdą
samochodem jest jak z jazdą na rowerze. Nigdy się tego nie zapomina. Jechałam
powoli, według przepisów. Po drodze zastanawiałam się jak przywitać mojego
przystojniaka. W sumie to nie widzieliśmy się tylko dwa dni. Dojechałam na
lotnisko dwadzieścia minut przed przylotem. Usiadłam w swojej ulubionej pozie
na krzesełku w poczekalni. Po turecku. Minuty nieubłagalnie się dłużyły. Mijały
mnie tłumy ludzi. Czasami ktoś mnie poznał i powiedział ‘Spójrz! To dziewczyna
Louisa Tomlinsona.’ Musiałam się do tego przyzwyczaić. Na szczęście nie błagali
mnie o autografy. Siedziałam tak i siedziałam gdy nagle za sobą usłyszałam pisk
dziewczyn. Odwróciłam się i zobaczyłam, ze całe tłumy do kogoś biegną. ‘To na
pewno Lou.’ Pomyślałam i ruszyłam w stronę piszczącego tłumu. Dziewczyny
zrobiły wokół niego krąg. Nie mógł się od nich opędzić. To był mój Lou. Zaczęłam
się przepychać przez tłum. Louis nie mógł się ruszyć. Gdy wreszcie do niego
dotarłam spojrzałam w jego niesamowite niebieskie oczy i się uśmiechnęłam. On
tylko objął mnie w tali i nie przejmując się tym, że otacza nas tłum dziewczyn
pocałował mnie. Jego pocałunek przepełniony był tęsknotą. Poczułam na sobie
flesze aparatów. A niech te pieprzone brukowce się jarają, nie obchodzi mnie
już to. Miałam przy sobie ukochaną osobę. Znowu patrzeliśmy sobie głęboko w
oczy. Fanki przestały piszczeć. Chyba oniemiały na widok naszego pocałunku.
Chłopak objął mnie ramieniem i bez słowa zaczęliśmy się przepychać przez tłum.
Wzięłam go za rękę i zaczęłam ciągnąć w stronę mojego autka. Na jego widok
zrobił wielkie oczy a ja tylko machnęłam ręką. Spakowaliśmy jego bagaże i
ruszyliśmy w drogę. Nie odzywaliśmy się do siebie przez chwile, po prostu
cieszyliśmy się swoją obecnością. Nagle Louis przerwał tą ciszę.
- Nawet nie wiesz jak bardzo zdążyłem się za tobą
stęsknić.
- Ja też.. – Ciągle się uśmiechałam. – Jak chłopcy przyjęli
wiadomość o nas? – Zapytałam zaciekawiona.
- Na początku pomyśleli, że poleciałaś na żywioł i
pocałowałaś mnie pierwszy raz. Potem im powiedziałem, że trwa to od tygodni.
Żałuj, że nie widziałaś ich min. Normalnie bezcenny widok. Harry nie odzywał
się do mnie cały dzień. Był obrażony, że nie powiedziałem swojemu najlepszemu
przyjacielowi o tym, że mam dziewczynę. Co robiłaś wczoraj, jak mnie nie było?
- Spotkałam się z przyjaciółmi.
- Czyli?
- Miles i Jake.
- Jake?! – Zapytał widocznie zazdrosny Lou.
- Pogodziłam się z nim, stwierdziłam, że zachowywałam się
jak dziecko obrażając się na niego.
- Nie lubię jak spotykasz się z innymi facetami. –
Powiedział smutny Lou.
- Ty jesteś zazdrosny!
- Ja? Skądże.. Ja i zazdrość? Nierealne.
- Mnie nie oszukasz Lou.
- No dobra, jestem cholernie zazdrosny. Bo ja siedzę tam
w Londynie a on może się z tobą widywać codziennie. I nie musi przelatywać
całego oceanu.
- Ej Louis, nie złość się. On jest tylko przyjacielem.
- Ja też byłem na początku tylko przyjacielem!
- Proszę cię nie kłóćmy się. Chcę miło spędzić ten jeden
wspólny dzień. Jake nic dla mnie nie znaczy.
- Cam, ja też. Ale ty nie rozumiesz, że chciałbym cię
mieć na co dzień. Chciałbym móc poczuć twoje ciepło. Pójść z tobą na
cappuccino. Ale nie mogę. Ty jesteś tu.
- Rozumiem cię Lou lepiej niż ci się wydaje. Myślisz, że
dla mnie to jest łatwe? Nie. Jak tylko moja mama wyzdrowieje, obiecuję wracam
do Londynu. Ale teraz muszę być przy niej. Ona jest chora.
- Ehh, nie kłóćmy się już. Ale wiesz co? – Zapytał Lou
już swoim przyjaznym głosem.
- No zaskocz mnie.
- Niall nie miał racji. Umiesz jeździć autem.
- Powiedział ci? – Tak chodziło mi o historię z autem
mojego taty.
- Taak. Ale się mylił. Czyli nauczyłaś się czegoś przez
te kilka lat.
Resztę drogi spędziliśmy śmiejąc się, przekomarzając. Lou
chyba na serio się stęsknił. W jego oczach, gdy na mnie patrzył stale cos
błyszczało. Tak, to iskierka tęsknoty. Powoli dojeżdżaliśmy do mojego domu. Gdy
podjechaliśmy na podjazd mojej willi Lou zapytał się tylko ‘To twój dom?’, a ja
tylko skinęłam głową. Weszliśmy do budynku. Moja mama siedziała na sofie i
oglądała telewizję. Zostawiliśmy walizkę Lou przy schodach. Złapałam chłopaka
za rękę i pociągnęłam w stronę mojej mamy. Opierał się, zapierał z całych sił.
Ciągnęłam go mimo wszystko śmiejąc się przy tym. Moja mama nas usłyszała i się
odwróciła. Lou momentalnie spoważniał i pokazał jeden ze swoich najsłodszych
uśmiechów. Powiedziałam do mamy.
- Mamo to jest Louis.
- Miło mi cię poznać, wiele o tobie słyszałam. – Odpowiedziała
moja rodzicielka wyciągając do chłopaka swoją chudziutką rękę.
- Miło mi panią poznać. – Louis podał rękę mojej mamie.
- Idziemy coś zjeść? – Zapytałam chłopaka. Ten tylko
skinął głową, a ja pociągnęłam go do kuchni. – Co chcesz kanapki, tosty,
omlety, marchewki?
- Marchewki! – Powiedział chłopak i zaczął się śmiać.
- A może jednak jakaś kanapka? Pożywniejsza.. Potrafię
robić wspaniałe kanapki.
- No dobra, namówiłaś mnie. Ale marchewka ma być
dodatkiem.
Zrobiłam nam kolację. Zajadaliśmy ją śmiejąc się. Louis
kilka razy udawał, że się krztusi. Wprawił mnie w bardzo dobry humor. Mogłabym
się z niego śmiać wiecznie. Po jakiejś chwili umilkliśmy. Louis kończył
kanapki, a ja mu się przyglądałam. Przyglądałam mu się z pasją. Z pasją jakiej
nigdy wcześniej nie czułam. I nagle zrozumiałam, że Lou to ten jedyny. Nie
Riley, nie Jake, tylko Lou. Szczerze mowięc o Riley’u zapomniałam już dawno.
Zapomniałam o nim gdy poznałam Louisa. Nie przytłaczało mnie już to miejsce.
Nie przytłaczało mnie Port Angeles. Bo liczył się tylko on. Mój Louis. Chłopak
zaczał machać i przed oczyma.
- Zjadłem! – Wydarł się do mnie.
- Przepraszam, zamyśliłam się. – Wstawiłam talerze do
zlewu. – Chodź idziemy. – Zaczęliśmy wchodzić po schodach Lou zabrał swoją
walizkę. – Mamo idziemy spać! – Krzyknęłam tylko.
- Tylko mi tam nie za głośno! – Mama odpowiedziała mi z
żartem w głosie.
- Tak jest pani Gier! – Krzyknął do niej Lou, niczym
żołnierz. Moja mama tylko zaczęła się śmiać.
Pociągnęłam Louisa do pokoju gościnnego. Chłopak objął mnie w pasie i złożył na moich
ustach soczystego buziaka. Gdy się od siebie oderwaliśmy zaczęliśmy się śmiać.
Wyswobodziłam się z uścisku Louisa i powiedziałam.
- Na lewo masz łazienkę. Mam nadzieję, że pokój ci się
podoba.
- Jest idealny. – Chłopak ciągle się uśmiechał.
- To ja idę do siebie.
- Jak to do siebie? To nie śpisz tu? Ze mną? – Lou zrobił
minę skrzywdzonego szczeniaczka.
- A chcesz? – Podeszłam do niego i tym razem to ja go
objęłam.
- A chcę. – Powiedział, podniósł wysoko głowę i zrobił
dumną minkę.
- To ja idę się przebrać i wracam.
- Ej, chcesz żebym się stęsknił?!
- Wytrzymałeś dwa dni to wytrzymasz i pięć minut.
Pobiegłam do swojego pokoju i przebrałam się w długi
piżamowe spodnie i biały t-shirt. Przybiegłam do pokoju chłopaka równie szybko
jak wybiegłam. Lou leżał na plecach. Miał na sobie tylko piżamowe spodnie.
Wskoczyłam do niego do łóżka i wtuliłam się w jego nagi tors. Louis przytulił
mnie mocno i nakrył nas kołdrą. Po raz kolejny nie rozmawialiśmy ze sobą tylko
cieszyliśmy się swoją obecnością. Nareszcie czułam jego ciepło. Nareszcie mnie
tulił. Nareszcie byłam szczęśliwa.
Hejka! Jak się wam podoba rozdział? Wiem, ze mało się
dzieje, ale jest taki, hmm, emocjonalny. Akcja weekendowa trwa. 3 kom = następny rozdział ;)
Zostaw po sobie ślad! CZYTASZ=KOMENTUJESZ DLA CIEBIE TO TYLKO CHWILA, DLA MNIE MOTYWACJA!
niesamowite nie mogę doczekać się co będzie dalej . . . *.*
OdpowiedzUsuńA.S. ;P
bardzo, bardzo fajny!!! chyba jeden z lepszych do tej pory :DDD
OdpowiedzUsuń