*kilka dni później*
Siedziałam w kuchni jedząc kanapkę. Tępo wpatrywałam się
w stół. Miałam na sobie niewygodną czarną sukienkę. Tak, dzisiaj pogrzeb Alexa.
Wszyscy moi przyjaciele bez wyjątków starają się mnie wspierać. Tak jakby
odosobniona teraz jest tylko Kat. Za każdym razem gdy Lou przychodzi ze mną
posiedzieć staram się go wygonić. Zwykle na marne. Widziałam, że ta dziewczyna
patrzy na mnie z jakąś nienawiścią. Nikomu jeszcze nie udało się mnie
pocieszyć. Siedziałam sama. Nie chciałam nikogo dobijać swoim humorem. Na
schodach usłyszałam kroki. Szybko wstałam i zaczęłam sprzątać ze stołu. Nikomu
nie mogę psuć humoru.. nie pozwalam sobie na to. Ktoś przytulił mnie od tyłu.
Poczułam zapach jego perfum. Louis. Mimo woli się uśmiechnęłam. Chyba to
wyczuł. Pocałował mnie w skroń. Odsunęłam się. Już chciałam wychodzić z
pomieszczenia. Złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w swoją stronę. Wyszeptał
mi do ucha.
- Zostań ze mną, nie chce mi się samemu siedzieć.
- Nie Lou. Nie chcę psuć ci humoru. – Powiedziałam bardzo
cicho.
- Psujesz mi go gdy uciekasz. Zostań. – Głośno
westchnęłam i usiadłam na krześle. – Jak się czujesz Marcheweczko?
- Chodzi ci o stan psychiczny czy fizyczny?
- O fizyczny. Kochana.. O psychikę się nie pytam bo
wszystko widzę.
- Więc.. Ostatnio jeśli chodzi ci o to jak się czuję..
Jest wręcz zajebiście. Oprócz tego, że dolega mi ciągle głód.
- A jak tam nasza mała Marchewa?
- Byłeś ze mną ostatnio na badaniu, a od tamtego czasu
nic się nie zmieniło. – Wstałam. – Wybacz, ale muszę się zbierać. Za dwie
godziny musimy wyjechać.
- Odpowiesz mi na jedno pytanie? – Skierował do mnie
nieśmiało pytanie.
- Tak?
- Kochałaś go?
- Oczywiście, że tak. Ale to i tak już nic nie znaczy. Go
już nie ma.
W moich oczach stanęły łzy i pobiegłam na górę. Usiadłam
na podłodze i objęłam kolana swoimi rękoma. Od kiedy go nie ma wszystko wydaje
się takie puste.. Takie.. smutne. Przeraza mnie sama myśl, że więcej go nie
zobaczę. Spojrzałam na zdjęcie stojące na stoliku nocnym. Nasze wspólne
zdjęcie. Byliśmy tacy szczęśliwi. I to ja wszystko zniszczyłam. Gdybym go nie
zdradziła on dalej by żył. Nie byłby teraz na mnie wściekły. Tak bardzo
chciałam go za wszystko przeprosić. Nie mogłam jednak. Już nie mogłam. Cały
świat wydawał się taki przytłaczający. Płakałam, ciągle płakałam. Nawet dzisiaj
się nie malowałam. I tak wszystko by ze mnie spłynęło.
Dwie i pół godziny później stałam już na cmentarzu. Było
upalnie. Lał się ze mnie pot, ale to olewałam. Po moich policzkach ciągle
toczyły się łzy. Całe moje ciało trzęsło się. Ksiądz coś gadał. Nie wsłuchałam
się za szczególnie w jego paplaninę. Przyglądałam się uważnie rodzicom i
siostrze Alexa. Stali zapłakani. To wszystko przeze mnie. Gdyby nie ja to.. Nie
działoby się to dzisiaj. Złapałam się za ramiona. Miałam ochotę klęknąć, ale mi
nie wypadało. Nie teraz. Ciągle z drugiej strony przyglądał mi się Lou.
Żegnałam dzisiaj tak ważną dla mnie osobę. Ceremonia się skończyła. Ludzie
zaczęli składać mi kondolencje. Większości nie znałam. Na kocu stanął Boo.
Otworzył w zachęcającym geście ramiona. Wtuliłam się w niego mocno. Głośno
płakałam. Za mną był grób Alexa. Nie chciałam się odwracać, bałam się
rzeczywistości. Mogłabym się w końcu obudzić, ten zły sen mógłby się skończyć.
Chłopak objął mnie w pasie i zaczął prowadzić do samochodu. Usiadłam na miejscu
pasażera w jednym z dwóch pojazdów. Tutaj prowadziła El. Uśmiechnęła się do
mnie delikatnie. Nie jechaliśmy na żadną stypę, nie miałam na to siły. Z tyłu
ktoś usiadł. Była to Miles i Abby. El odezwała się do mnie.
- Kochanie nie możesz już płakać. To ci go nie zwróci.
Nic się nie zmieni. Przykro mi.
- Ty nigdy nie spotkałaś się ze śmiercią tak bliskiej
osoby? – Pokiwała przecząco głową. – Ja właśnie straciłam drugą. I wiesz co? Nawet jakbym nie płakało bolałoby
bardziej. I znowu wszystko przeze mnie! Ja zawsze wszystko chrzanię! To przeze
mnie zginął Riley! I Alex też! A wszystko przeze mnie. Gdybym się z nimi nie
kłóciła.. Byliby tu dzisiaj.. – Z moich oczu popłynęła kolejna fala łez.
- Cam, nie obwiniaj się już. Czasu nie cofniesz. –
Powiedziała Miles. – Los często komplikuje nam życie. Zawsze coś nam je psuje w
najlepszym momencie. Nie mamy na to wpływu. Tylko sam Bóg wie co będzie jutro.
- Ale ja tak za nim tęsknię! To moja wina. Nie dość, że
spieprzyłam życie Louisowi to przez to jeszcze zginął Alex.
- Jakby był mądrzejszy to by się rozejrzał. – Burknęła
Abby.
- Abb! Nie powinno się tak mówić. – Upomniała ją
czerwonowłosa.
*Katie*
Siedziałam. Byłam wściekła. Wściekał mnie każdy uścisk
Lou i Cam. Nie mogłam na nich patrzeć. Miałam dość tego wszystkiego, ale nie
mogłam odmówić przecież przylotu na czyjś pogrzeb. Przez te kilka dni Louis
ciągle jest jakiś niezadowolony. Mimo, że zapewnił mnie o swoich uczuciach i w
ogóle ja niczego nie jestem pewna. No bo teraz Alex nie żyje. Nie mam pewności,
że tej nie odwali i znowu nie będzie chciała z nim być. I dziwcie się mi, że
ledwo wytrzymuję. Muszę się jeszcze do niej uśmiechać, bo ona nie może się
denerwować. Absurdalne. Dojechaliśmy. Wysiadłam trzaskając głośno drzwiami. Pobiegłam
na górę do pokoju, który z Lou dzieliliśmy. Zdjęłam z siebie szybko czarną
sukienkę. Nie przepadałam za chodzeniem w sukienkach. Naciągnęłam na siebie
moje ulubione oliwkowe bojówki i biały podkoszulek. Do pokoju wszedł Lou.
Przytulił mnie i powiedział.
- Przepraszam, że tak się zachowałem na tym pogrzebie,
ale musiałem jakoś ją wesprzeć.
- Nic się nie stało. – Skłamałam.
- Zaraz z chłopakami jedziemy udzielić jakiegoś tam
wywiadu. Paul nam kazał. Chcesz jechać z nami?
- Nie, zostanę. Muszę troszkę odpocząć.
- Jak chcesz jechać to nie problem.
- Niee. Spoko. Jedźcie sami.
Godzinę później już siedziałam sama. Zeszłam do kuchni
aby napić się kawy. Wszystko mnie już męczyło. Za oknem takie piękne słońce, a
ja taka przygnębiona. Dlaczego płacze przez faceta? Przecież kiedyś obiecywałam
sobie, że nigdy żaden mnie nie skrzywdzi. I w tym momencie złamałam dane samej
sobie słowo. Dałam się omotać i skrzywdzić facetowi. Nie dość, że to zrobiłam
to jeszcze nie mogę spokojnie wyjść na ulicę. Przewalona sprawa. Nie próbujcie tego
w praktyce. To na serio boli. I to cholernie. Niby powinnam mieć satysfakcję z
tego, że udało mi się go odbić. No i co z tego? On i tak mnie nie kocha. Do kuchni
weszła Eleanor. Ona też przez kilka dni grała skrzypce tej, która odbiła
Louisa. I to tej samej lasce. Zauważyła, że płakałam. Usiadła obok mnie i
powiedziała.
- Co się stało Katie? Dlaczego płaczesz?
- Nic.. Eleanor.. Ty wiesz jak to jest grać tą drugą.
Wiesz jak się czuję.
- Wiem. O nie przestanie jej kochać. Musisz się do tego
przyzwyczaić. Zawsze będzie ich łączyło dziecko.
- Wiem, ale on mnie tak zaczął olewać odkąd jesteśmy u
was. Ciągle siedzi z Cam. I co ja na to mogę poradzić? Nic. Nie mogę walczyć.
- Zawsze możesz. Trzeba tylko chcieć. Ja muszę lecieć do
Tay, bo obiecałam jej, że wpadnę. Jakby Cam się obudziła powiesz jej gdzie
jestem?
- Jasne. Oczywiście, że przekażę.
Siedziałam w kuchni jeszcze ponad godzinę. Musiałam wyglądać
strasznie więc skierowałam się do pokoju. Moim celem było poprawienie makijażu,
który znając życie wyglądał strasznie. Nie byłam jego wielką fanką. Ale czego
nie robi się żeby wyglądać lepiej. Czego nie robi się żeby zakryć wory pod
oczami. Jednym słowem, wyglądam strasznie. Zapłakana ja. Po poprawieniu ‘tapety’
chciałam pójść znowu do kuchni. Po schodach akurat wchodziła Cam. Idealna
sytuacja do rozmowy z nią. Chciała mnie wyminąć, ale zatorowałam jej drogę.
Spojrzała się na mnie zdziwiona. Głośno westchnęłam.
- Chciałam z tobą pogadać. – Mój głos brzmiał płaczliwie.
- To chodź do mnie do pokoju. – Odezwała się cichutko.
- Nie. Wolę tutaj. Nie potrwa to długo.
- Więc o co chodzi Kate?
- Chodzi o to, że chcę abyś odwaliła się od Louisa. Wiem,
że będziecie mieli razem dziecko, ale proszę cię, ogranicz swoje kontakty z nim
do minimum. Niszczysz nas. – Starałam się być spokojna.
- Ja na serio go nie potrzebuję. Prosiłam go.. Ale on
jest uparty, chce mi pomóc.
- To zrób coś żeby nie chciał! Ja nie chcę go stracić! Jest
dla mnie wszystkim!
- Kat, uspokój się. Fakt, kocham go, ale on ma ciebie i w
tym wypadku to nic pomiędzy nami nie zmienia. Rozeszliśmy się.
- Co ty powiedziałaś?! Kochasz go?!
- Tttaak.. – Powiedziała łamiącym się głosem.
- Pożałujesz tych słów. – Wycedziłam przez zęby.
Popchnęłam ją. Trochę za mocno. Straciła równowagę. Wyciągnęłam przestraszona
do niej rękę. Chciałam ją złapać. Nie zdążyłam. Dziewczyna z hukiem spadła ze
schodów. Byłam zszokowana. Ona leżała na dole nieprzytomna. I co ja zrobiłam? Podbiegłam
do niej. Z rany na jej głowie sączyła się krew. Co ja narobiłam.. Nie
oddychała. Matko.
*Louis*
Siedzieliśmy na wizji i odpowiadaliśmy na jakieś pytania.
Kilka było o Katie, ale wcześniej z Paulem ustaliłem co mogę mówić, a co nie. Chciałem
już wracać. Byłem zmęczony tym całym dniem. Chłopcy odpowiadali na coś tam, a
ja zasypiałem. Zayn puknął mnie w bok i się zerwałem. Reporter spojrzał się na
mnie badawczo. Uśmiechnął się chytrze. Wiedziałem, ze kolejne pytanie skieruje
do mnie. Oparłem się i czekałem na ten moment. Gdy Harry skończył gadać
reporter odezwał się do mnie.
- Louis. Jesteś byłym chłopakiem Camili Gier. Ostatnio
widziano was razem pod kliniką. Co to wszystko znaczy? – Tego z Paulem nie
zaplanowaliśmy. Głośno przełknąłem ślinę.
- Camila czuła się gorzej i pojechałem z nią do lekarza.
Okazało się, że to tylko grypa. – Wymyśliłem na poczekaniu. Chłopaki spojrzeli
na mnie z ulgą.
- Niedawno zmarł jej chłopak, byliście na pogrzebie. Na zdjęciach
wygląda tak jakby to Camilę i ciebie coś łączyło, a nie ciebie i Katie. Co
powiesz na ten temat?
- Więc jesteśmy z Cam przyjaciółmi. Potrzebowała wsparcia
więc chciałem ją jakoś pocieszyć. Kat nie poznała nigdy Alexa więc nie
wiedziała co Cam przechodzi. W w związku jestem z Kat, a nie z Cam.
- Dziękujemy za to wyjaśnienie. Na pewno uspokoiłeś tych,
którzy się nad tym zastanawiali. Dziękujemy za wywiad One Direction i mamy
nadzieję, że jeszcze was tu zobaczymy.
Weszliśmy za kulisy. Kłamałem prosto do kamery. Schowałem
twarz w dłoniach. Potrząsnąłem włosami i poszedłem się przebrać. Ubrałem szare
dresy i czarny podkoszulek. Na stopach ciągle miałem czarne vansy. I nie
zamierzałem butów zmieniać. Wsiadłem do naszego vana. Niall oczywiście uparł
się, że musimy jeszcze zajechać gdzieś do sklepu. Ja zostałem wybrany na
ochotnika żeby z nim iść. Masakra. Iść z Niallem do sklepu. Weszliśmy do środka
w przyciemnianych okularach. Nie no i tak nas poznali. Daliśmy kilka autografów
i ruszyliśmy do półek ze słodyczami. Nasz kochany blondynek miał zamiar nas
zasłodzić. Pięć rodzajów czekolady?! Nie przesadza on troszkę? Żelki, pianki,
ciastka.. Czego my nie wzięliśmy. Oczywiście Nialler wszystko nosił. Po
dwudziestu minutach wyszliśmy ze sklepu i ruszyliśmy do domu. Dojechaliśmy dość
szybko. Od razu wysiadłem i skierowałem się w stronę drzwi. Otworzyłem je
powoli. Miałem zamiar iść spać. Właśnie ściągałem buty gdy usłyszałem cichy
szloch. Przestraszyłem się. Nie wiedziałem kto to. Pobiegłem w stronę dźwięku.
Zamarłem. Katie płakała.
- Ja przepraszam Lou.. Ja nie chciałam.. – Klęczała. Koło
niej w kałuży krwi leżała Cam. Przeraziłem się. Upadłem koło dziewczyny na
kolana. Sprawdziłem puls. Był. Nie oddychała.
- Co tak płaczesz?! Dzwon po karetkę! Dlaczego jeszcze tego
nie zrobiłaś?!
- Przepraszam.. – Dalej płakała.
Nie było już nic. Wszystko wokół mnie zniknęło.
Słyszałem, że to Liam dzwonił po karetkę, a nie Kat. Ta ciągle płakała. Niall
pytał się jej spokojnie o to co się stało. Dowiedział się. Kat zepchnęła Cam ze
schodów. Kłóciła się z nią o mnie. Trzymałem delikatną dłoń dziewczyny. Bałem
się o nią. Nie przeżyłbym jej śmierci. Nosiła nasze dziecko. A co jeśli.. nie,
tak się nie stanie. Kilkanaście minut później do domu weszli funkcjonariusze
medyczni. Zabrali ją do szpitala. Nie pozwolili mi z nią jechać. Chwyciłem kluczyli
od samochodu jednak Liam mnie zatrzymał. Kazał mi porozmawiać z Katie.
Siedziała na górze jakaś zdołowana. Wszedłem powoli po schodach. Nacisnąłem klamkę
od drzwi. Faktycznie. Siedziała na łóżku i płakała. Spojrzała na mnie i zaczęła
gadać.
- Louis.. Ja przepraszam. Nie chciałam. Po prostu..
- Powtarzasz się. – Odparłem chłodno.
- Proszę cię, wysłuchaj mnie. – Powiedziała płaczliwym
głosem.
- Masz pięć minut. Choć to i tak za dużo.
- Chciałam z nią porozmawiać. Zarzuciłam jej, że niszczy
nasz związek. Ona coś tam mi odpowiedziała. Zdenerwowałam się i ją pchnęłam. To
miało być takie o pchnięcie, ale użyłam za dużo siły.. Chciałam ją złapać, ale
nie zdążyłam.. Przepraszam. Nie skreślaj nas..
- Jakich nas? Nas już nie ma Kat. Nie ma nas od momentu,
gdy zrobiłaś co zrobiłaś. Wiesz, że być może przez ciebie życie straci dwója
ludzi?! Dwójka niewinnych ludzi! Dziewczyna, którą kocham i nasze dziecko! Jesteś
samolubna! Nie potrafiłaś docenić moich słów! A wiesz na czym polega związek? Na
zaufaniu! U nas właśnie tego zabrakło. To ty nie darzyłaś mnie zaufaniem! Nie potrafiłaś!
Nie no bo lepiej być tą, która wie wszystko lepiej! To ty oceniasz ludzi po
okładce! Nie wiem jak mogłem z tobą być! I wiesz czego najbardziej żałuję?
Tego, że przez ciebie rozwalił się mój związek. Gdyby nie ty byłbym dzisiaj
szczęśliwy z Cam! Ty wszystko niszczysz! Ty! – W oczach dziewczyny zbierały się
łzy.
- Chcę ci powiedzieć coś jeszcze. – Spojrzałem na nią z
pogardą. – Nasz związek był od początku ustawiony. Paul zatrudnił mnie żebym
cię odbiła. Miałam cię zaraz po tym zostawić, ale wiesz co? Zakochałam się w
tobie.
- Jesteś najgorszym człowiekiem jakiego w życiu
spotkałem. Wyjdź stąd. Nie mam ochoty na ciebie patrzeć. Pieniędzy na pewno
starczy ci na bilet do Londynu. Spakuj się. Jak wrócę nie chcę już widzieć twoich
rzeczy. Jesteś najgorszym co mi się przytrafiło.
Zszedłem na dół. Liam patrzał się na mnie pocieszająco. Rzuciłem
mu kluczyki od auta Cam. Zrozumiał, ze chcę tam teraz jechać. Bez słowa ruszył
do wyjścia. Byliśmy na miejscu po piętnastu minutach. Wysiadłem szybko z auta. Dosłownie
biegłem do budynku. Liam ledwo nade mną nadążał. Z impetem otworzyłem drzwi.
Pielęgniarka zaprowadziła nas pod salę Cam. Leżała nieruchomo na łóżku. Czyli
żyła. Wpatrywałem się w nią przez szybę. Koło mnie stanął mężczyzna w białym
kitlu. Jakiś młody lekarz. Przyglądał mi się badawczo. W końcu się do mnie
odezwał.
- Jest pan kimś bliskim?
- Ojcem dziecka tej dziewczyny.
- Przykro mi. Już nie ma dziecka. Poroniła. Tak bardzo mi
przykro. – W moich oczach pojawiły się łzy.
- A co z nią? Jaki jest jej stan? – Zapytał już Liam, ja
nie byłem w stanie wydobyć z siebie ani słowa.
- Jej stan jest stabilny. Podaliśmy jej kilka leków.
Jutro powinna się wybudzić. Mogliby panowie przywieźć jej jakieś rzeczy? Przyjechała
z niczym.
- Jasne. – Odparł mój przyjaciel i pociągnął mnie w stronę
wyjścia.
Kat zabiła moje dziecko. Nigdy jej tego nie wybaczę,
nigdy. Jest moim koszmarem. Liam podał mi chusteczkę. Wytarłem oczy. Wiem, ze
zrobił to aby brukowce nie miały pożywki. I tak ostatnio za dużo o nas huczą. W
aucie wybuchłem żywnym płaczem. Nie mogłem ukryć swoich emocji. Mojego dziecka
już nie było.. I co teraz będzie?
Hejka ludziska! Wiem, zrobiłam taki totalnie tragiczny rozdział. Powiem wam, że do końca został jeden rozdział i epilog. Ciężko mi kończyć to opowiadanie, ale nie chcę z niego zrobić Mody na sukces. Trudno. Zapraszam was na mojego nowego bloga. Rozdział postaram się dodać jutro. http://idontwannalive-ijustwannadream.blogspot.com/
I jeszcze jedna prośba. dajcie mi na koniec jakiś znak, ze to czytaliście. Komentujcie.
kurwa płacze . . ;( . . to dobrze że chociaż cam przeżyła, ale szkoda mi dziecka . . ;( . . nie nawidze tej katie, zniszczyła wszystko . . ;((
OdpowiedzUsuńA.S. ;P
O wow. Niezly rozdzial :) Wiedzialam ze z Kat beda same problemy. Ale dobrze ze chociaz Cam przezyla.
OdpowiedzUsuńWow zajebisty rozdział :)
OdpowiedzUsuńpłakałam jak głupia :) cudny rozdział :P
OdpowiedzUsuńAle on on słyszał bicie serca tego dziecka... To nie możliwe! Ono musi żyć! Smutam ;"c
OdpowiedzUsuńSmutna Caroline