sobota, 1 czerwca 2013

Rozdział 70.

*następnego dnia*
Obudziłam się w łóżku szpitalnym. Zaczęłam szybko mrugać oczami. Doskonale wiedziałam czemu tu jestem. Katie zepchnęła mnie ze schodów. Bolały mnie mięśnie. Odwróciłam głowę. Leżała tu torba. Najprawdopodobniej z moimi rzeczami. Ktoś mi ją tu chyba przywiózł. Chciałam wstać, ale w nadgarstku miałam podłączoną kroplówkę. Wkurzyłam się. Nacisnęłam czerwony przycisk znajdujący się nieopodal mojej dłoni. Jeden dzwonek, drugi, trzeci. Po jakimś czasie do mojej Sali wleciał mężczyzna w białym kitlu. Zgaduję, że to lekarz. Usiadłam i czekałam aż zacznie mówić. Po chwili usłyszałam jego niski głos.
- Jak się pani czuje?
- Wydaje mi się, że dobrze. – Odparłam zachrypniętym głosem. – Powie mi pan ajki jest stan mojego zdrowia? Nic mi się nie stało?
- Pani stan jest stabilny. Doznała pani tylko lekkiego wstrząsu mózgu. Mam dla pani jeszcze jedną informację.
- Jaką? – W moim głosie zabrzmiał niepokój.
- Niestety złą. W skutek upadku poroniła pani.
- Chcę wyjść. – W moich oczach zakręciły się łzy.
- Za dwa dni panią wypiszemy.
- Chcę wyjść teraz. – Powiedziałam zdecydowanym głosem.
- Za jakąś godzinę przyjadą pani bliscy, może poczeka pani.
- Nie, chcę wyjść sama. Teraz. Proszę przygotować papiery, mają być gotowe za dziesięć minut.
Mężczyzna wyszedł, a ja wybuchłam płaczem. Energicznie wyrwałam rurkę, którą miałam w nadgarstku i wstałam. Miejsce po kroplówce nieubłagalnie piekło. Wyjęłam z torby ubrania, które przywieźli mi chłopcy, na pewno chłopcy. Pospiesznie je na siebie ubrałam. Włosy zebrałam w byle jakiego kucyka. Nie miałam makijażu. Zdecydowanym krokiem ruszyłam w stronę recepcji. Z moich oczu ciągle płynęły łzy. Odpisałam jakieś papiery i wyszłam. Nie miałam ze sobą pieniędzy. Wsiadłam do autobusu. Jechałam na gapę. Teraz nie obchodziło mnie nic. Liczyło się tylko to, że musze jak najszybciej dojechać tam gdzie chciałam. Udało mi się dojechać bez kontroli kanarów. Dwa auta stały przed moim domem. Ukryłam się pod kapturem i poszłam w stronę domu Tay. Zadzwoniłam dzwonkiem. Otworzyłam mi promiennie uśmiechnięta blondynka. Gdy mnie zobaczyła jej mina zrzedła. Wciągnęła mnie do środka i mocno przytuliła. Zaczęłam płakać w jej bluzkę. Gładziła mnie po włosach. Tak bardzo zabolała mnie strata mojego maleństwa. Musiałam gdzieś uciec. I wiedziałam gdzie. Otarłam łzy z policzków i powiedziałam.
- Tay, musisz mi pomóc.
- Ale ty najpierw powiesz mi co się stało. Inaczej nic nie zdziałam.
- Poroniłam.. – Wyszeptałam i znowu zaczęłam płakać. Tay mnie przytuliła.
- Tak bardzo mi przykro.. Co mogę dla ciebie zrobić?
- Pomórz mi się dostać do domu tak, aby nikt mnie nie zauważył.
- Zgoda. Od momentu mojego wyjścia masz godzinę.
- Tay, potrzebuję samochodu. A mój jest dość rozpoznawalny.
- To.. hmm. Pojedź do Simona on ci pomoże.
- Ale mnie nie zrozumie.
- Musisz mu powiedzieć, że chcesz zniknąć na jakiś czas.
Tay wyszła pół godziny później. Jakimś cudem dała mi klucze od mojego domu. Chwilę później wszyscy wyszli i wsiedli do dwóch aut. Gdy tylko odjechali wyszłam z domu Tay i dosłownie pobiegłam do swojego. Pospiesznie otworzyłam drzwi i ruszyłam pędem do swojego pokoju. Do czerwonej walizki zaczęłam wrzucać byle jakie ubrania. Po zapakowaniu walizki usiadłam na brzegu łóżka z kartką papieru. Musiałam napisać kilka słów, dlaczego odchodzę. Zgięłam ją w pół i skierowałam się na dół. Z szuflady wyjęłam portfel i paszport. Kartkę postawiłam tak aby była widoczna. Wyszłam z domu i zamknęłam drzwi na klucz. Zamówiłam sobie taksówkę. Pojechałam prosto pod budynek wytwórni. Zapłaciłam kierowcy i ze swoją wielką czerwoną walizką poszłam do środka. Podeszłam do recepcji. Kobieta na początku mnie nie poznała, ale później zaprowadziła mnie pod doskonale znane mi szklane drzwi. Zapukałam w nie i uchyliłam je. Były dość ciężkie. Wciągnęłam za sobą do pomieszczenia walizkę. Simon patrzał się na mnie zdziwiony. Nie wiedział o co chodzi. Usiadłam na krześle przed nim. Otarłam łzy z policzków. Ten się zapytał.
- Co się stało Cam? Mogę Ci jakoś pomóc?
- Tak, jak muszę na jakiś czas znikną Simon. Muszę. – Z moich oczu ciągle leciały łzy.
- Powiedz mi dlaczego. Może będę mógł coś na to poradzić.
- Zginął Alex. Byłam w ciąży, ale poroniłam. – Prawie wyszeptałam.
- Ale jak to byłaś?! Ile to trwało? I z kim?
- Trzy miesiące. Ojcem był Louis. Ja muszę uciec.
- Ale wiesz, że ucieczka nie jest sposobem?
- Wiem, ale muszę. Wszystko muszę przemyśleć, zrozumieć. Obiecuję, że wrócę. Daj mi tylko trochę czasu.
- Pół roku musi ci starczyć. Pewnie potrzebujesz samochodu? – Pokiwałam tylko głową. – Marcie pokaże ci gdzie jeden z takich stoi. Nie jest rozpoznawalny, nie martw się.
- Dziękuję.. – Powiedziałam i przytuliłam mocno mentora.
- No leć już, bo znając życie Louis zaraz tu przyleci.
Poszłam z Marcie do podziemnego garażu. Zaprowadziła mnie ona do czarnego opla vectry. Dała kluczyki. Wpakowałam walizkę do bagażnika. Po raz ostatni przetarłam łzy i wyjechałam z garażu. Niezbyt znałam drogę więc włączyłam GPS’a. Kierunek Port Angeles. Nie mam już o co walczyć. Straciłam wszystko. Zaczynając od tego, że zostawiłam Louisa, potem zginął Alex przez moją głupotę i dziecko. Utrata tego ostatniego zabolała najbardziej. Gdy byłam jeszcze w ciąży czułam jakby część Lou była przy mnie. Miałam jeszcze jakieś szanse na odzyskanie jego, ale nie, ja musiałam wszystko spieprzyć. Kolejna dawka łez. Przetarłam je wierzchem dłoni.
Przez całą drogę stawałam tylko jakieś cztery razy aby zatankować.  Olewałam to, że jestem zmęczona. Prawie zasypiałam za kierownicą. Nagle samochód delikatnie skręcił. Szybko jakoś zareagowałam. Wyprostowałam auto. Nawierzchnia zaczynała być śliska. Dojeżdżam na miejsce. Powoli dojeżdżam na miejsce. Jadę już siedemnaście godzin. Nic dziwnego. Moim celem było jedno miejsce. Musiałam tam przesiedzieć kilka dni zanim wszystko ucichnie. Zanim Louis zdąży przyjechać do Port Angeles i z niego wyjechać. Po godzinie dojechałam na miejsce. Stanęłam przed owym domem. Wysiadłam i podeszłam do drzwi. Wahałam się czy to zrobić, czy też nie pójść jednak do mamy. Zapukałam. Usłyszałam na schodach kroki. Chwile później drzwi otworzył mi on, Jake. Nie wiedziałam co zrobić. Powiedziałam tylko.
- Musisz mi pomóc.
- Ale co się stało?
- Pomórz mi schować samochód, a resztę ci opowiem później.

*dzień wcześniej, Eleanor*
Dzisiaj wszyscy postanowiliśmy odwiedzić Cam. Od rana siedziałam w kuchni i robiłam śniadanie. Dołączyły do mnie Abb i Miles. Pomogły mi robić śniadanie dla bandy tych idiotów. Nikt nie miał ochoty na śmiech. Wszyscy od wczoraj byli poważni. No tak, nie co dzień jedna z naszych przyjaciółek zaraz po śmierci ukochanego traci dziecko. Około dwunastej wszyscy zlecieli się do kuchni. Usiedliśmy przy stole. W milczeniu jedliśmy kanapki, które zrobiłyśmy. Ja dzisiaj nawet się nie malowałam. Po moich policzkach notorycznie płynęły łzy. Siedzieliśmy tak i siedzieliśmy. Nagle ktoś z impetem otworzył drzwi. W drzwiach stanęła Tay. Na twarzy miała promienny uśmiech, który wyglądał dość sztucznie. Jest gwiazdą musi umieć udawać.
- Jedziemy do szpitala. Teraz. – Wydyszała.
- Poczekaj skończymy śniadanie. – Powiedziałam do niej.
- Ale ja chce zobaczyć Cam. – Zatupała nogami jak małe dziecko.
- Ja też. Zbieramy dupy ludzie. – Dodał Louis i wstał od stołu. – Sprzątniemy jak wrócimy. Chodźcie.
Ubraliśmy buty i zapakowaliśmy się do dwóch samochodów. Droga dłużyła się. Nie powiem ja też chciałam zobaczyć się z Cam. Ktoś musiał ją pocieszyć, a najlepiej zrobi to Lou. Przecież oni się kochają. Powinni być razem. No bo to chore, że dwie osoby darzą się uczuciem i nie są razem. Z drugiej strony wiem jak to wygląda z punktu widzenia Cam. On ją zranił i to już dwa razy. Ciężko mi było o tym słuchać bo raz stało się to przeze mnie. Ale nie mogę się o wszystko obwiniać. To wina Katie. Gdyby nie ona byłoby zupełnie inaczej. Pewnie nie zaprzyjaźniłabym się z Cam. Kilka razy z nią rozmawiałam. Ona mi wszystko wybaczyła. Nie ma już do mnie żalu o to, że wtedy odbiłam jej Louisa. Z rozmyślań obudził mnie zatrzymujący się samochód. Wysiadłam z niego szybko. Wszyscy spotkaliśmy się w jednym miejscu. Ruszyliśmy do budynku szpitala. Od razu poszliśmy na oddział, na którym leżała Cam. Przed nami stał lekarz dziewczyny. Lou podbiegł do niego.
- Dzień dobry proszę pana. Czy możemy już się z nią zobaczyć? – Zapytał się.
- Niestety nie jest to możliwe. – Odparł lekarz z powagą.
- Dlaczego?! Coś jej się stało?! – Chłopak prawie płakał.
- Wręcz przeciwnie. Jest cała i zdrowa. Jednakże nie ma takiej możliwości aby pan się z nią zobaczył. Pani Camila Gier wyszła dzisiaj na własne życzenie. –Widziałam w oczach Louisa smutek. Podeszłam do niego i go przytuliłam.
- Jedziemy do domu. – Wyszeptał.
Dosłownie wybiegł z budynku. Ledwo za nim nadążałam. Zdjęłam swoje szpilki. Również zaczęłam biec. Chłopak chciał usiąść za kółkiem. Nie pozwoliłam mu na to. Był zbyt roztrzęsiony. Nie mógł prowadzić. W jego oczach ciągle widziałam łzy. Znowu ją stracił. Ciągle sobie powtarzał. ‘Muszę ją złapać, muszę.’ Popadał powoli w jakąś paranoję. Starałam się go jakoś pocieszyć, ale nie kontaktował on ze światem. Nie dziwię mu się. Ona właśnie mu ucieka. Znam trochę Cam. Właśnie chce uciec od problemów. Ale to nie jest rozwiązanie. Ucieka, ale sobie nie pomaga. Ciągle dusi to w sobie. Nie rozumiem jej decyzji. Jest głupia. Przed problemami nie da rady uciec. One są jak cień, idą za nami. I nic na to nie poradzisz.

*Louis*
Siedziałem w tym samochodzie i cierpiałem. Olewałem totalnie to, że kilku ludzi, nawet nie wiem kto widzi jak płaczę. Znowu ja tracę. Znowu. Z nerwów zacząłem obgryzać paznokcie. Widziałem, że El spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem. Nikt nie wiedział co się ze mną dzieje. Gdy dojechaliśmy pod domu wyskoczyłem jak oparzony z auta. Drzwi były otwarte. Pobiegłem na górę. Sprawdzałem po kolei każde pomieszczenie. Nigdzie jej nie było. Zbiegłem na dół. Nic. Osunąłem się po ścianie i ukryłem twarz w dłoniach. Ktoś wszedł do domu. El trzymała w ręku jakąś kartkę. Zakryła usta dłonią i zaczęła płakać. Co się stało? Byłem zaniepokojony. Zaczęła czytać.

Kochani.
Przepraszam, to nie tak miało wyjść. Nie chciałam was zostawiać. Ale to była moja głębsza potrzeba. Teraz potrzebuję samotności. Muszę wszystko przemyśleć. Po pierwsze. El, nie wyprowadzaj się stąd. Potraktuj ten dom jako prezent urodzinowy. Masz je już za miesiąc. Nie martw się, złożę Ci życzenia. Po drugie. Nie szukajcie mnie. To nie ma sensu. Muszę odpocząć. Ostatnie sytuacje mnie przerosły. Cały ten świat stał się taki przytłaczający. Nie martwcie się, nie zabiję się. Przepraszam Cię Louis, że zostawiam Cię samego. Wiem, ze i dla Ciebie strata naszego dziecka była dość dotkliwa. Chce żebyś wiedział, że dla mnie znaczyło ono równie wiele. Czułam, że mam przy sobie cząstkę Ciebie. Przepraszam Was Miles i Abb za to, ze tak Was ostatnio zaniedbałam. Miłość. Rozumiecie? Jak wrócę obiecuję to naprawić. Niall. Za Tobą będę tęskniła szczególnie wariacie. Jedz za mnie, bo cos czuję, że niedługo schudnę. Nie wierzcie w to co będą o mnie mówili w mediach. Będę przez jakiś czas MIA. Dziękuję Ci Tay za to, że mimo, że tak krótko mnie znałaś to udzieliłaś mi wsparcia. Będę Ci za to wdzięczna bardzo długo. Całej reszcie również dziękuję za to wsparcie. Potraktujcie ten list jako pewnego rodzaju pożegnanie. Ja żegnam się z tym wszystkim co zostawiam za sobą. Nie mogę jednak zniknąć. Obowiązuje mnie kontrakt i zamierzam się z niego wywiązać. Przede mną długa i kręta droga. Będę za wami tęskniła. Nie szukajcie mnie, dajcie mi pogodzić się z tym wszystkim. Ja obiecuję, ze o Was nie zapomnę. Zawsze będziecie w moim sercu. Zawsze będziecie moimi zwariowanymi przyjaciółmi, dzięki którym nawet w najbardziej pochmurny dzień potrafiłam się uśmiechnąć. A mam coś do powiedzenia dla Ciebie Zayn. Zostaw przeszłość z tyłu i walcz o Pezz. Ona Ciebie na serio kocha. Lou, nie patrz na mnie. Ułóż sobie życie od nowa. Potraktuj mnie jako skończony rozdział. Harry! Dla Ciebie powinnam spuścić największe lanie. Walcz o uczucia. Tak mówię o niej i wiem, ze właśnie się na nią spojrzałeś. Liam i Abby. Pielęgnujcie swoje uczucie. Mam nadzieję, że jak wrócę to dostanę zaproszenie na ślub. A Ty Niall nie zmieniaj się. Gdzieś tam na Ciebie czeka twoja księżniczka. El, zacznij wierzyć w uczucia. Wiem, że u Ciebie to wątpliwa kwestia, ale musisz zacząć czuć. Bo jeśli nie zaczniesz to złoję Ci tą twoją piękną dupę. Dziękuję Wam za ten wspólnie spędzony czas. Kiedyś się jeszcze spotkamy. Cam.

Siedziałem w osłupieniu. Nie wiedziałem co zrobić. Czyli uciekła. Po raz kolejny ją straciłem. El uklękła obok i mnie mocno przytuliła. Zacząłem płakać w jej bluzkę. Czułem jej łzy spływające na moje włosy. Usiadłem prosto i otarłem łzy. Gdzie mogła pojechać? Wiem. Energicznym ruchem wstałem. Złapałem El za nadgarstek i pociągnąłem ją za sobą. Z komody wziąłem kluczyki od samochodu. Wyszliśmy z domu. Otworzyłem drzwi od strony kierowcy. Wcisnąłem tam El i dałem jej kluczyki. Wyglądała na przestraszoną. Nie dziwię się jej, tez bym się bał. Usiadłem ze strony pasażera. Spojrzała się na mnie pytająco. Przewróciłem oczami i powiedziałem.
- Pod wytwórnię.
- Ale po co Lou? – Zapytała płaczliwym głosem.
- Proszę.. Zawieź mnie tam.
- Lou? Jest jakiś sens? Przecież to nic nie da.
- El. Kontrakt. Cam obowiązuje kontrakt. Musiała powiedzieć Simonowi gdzie jedzie. Nie może sobie ot tak nagle zniknąć. Może stracić kontrakt.
- Rozumiem. – Dziewczyna odpaliła silnik. Ruszyła. – Kochasz ją.
- To było stwierdzenie.
- Widzę jak wyglądasz. Jesteś na granicy załamania nerwowego.
- Zrozumiesz jak się w kimś zakochasz do tego stopnia, że gdy odejdzie stracisz chęć do życia.
- Byłam już tak zakochana. – Zrobiła smutną minę. W jej oczach zakręciły się oczy.
- W kim? – Byłem tego ciekawy.
- W tobie Lou. – Odpowiedziała mi ledwo słyszalnie.
- Więc czemu się rozstaliśmy?
- Bo ty przestałeś kochać. – Samochód się zatrzymał. – Dojechaliśmy. Leć do Simona. Ja tu poczekam.
Wysiadłem z auta i pobiegłem w stronę wejścia. Poprosiłem recepcjonistkę aby zaprowadziła mnie do Simona. Szła bardzo wolno. Ja tu się spieszę! Szukam miłości swojego życia! Jeden schodek, dwa, trzy. Wielkie drzwi. Mała brunetka uchyliła je i zapowiedziała moją wizytę. Wszedłem za nią do pomieszczenia. Stała szeroko uśmiechnięta obok mnie. Zmroziłem ją wzrokiem. Uśmiechnęła się blado i wyszła. Usiadłem na krześle przed Simonem. Przybrałem poważny wyraz twarzy. Mężczyzna się odezwał.
- Co cię do mnie sprowadza Lou? – Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
- Camila. Co z nią?
- Mogę ci powiedzieć jedynie tyle, ze przyszła do mnie dzisiaj i poprosiła o przerwę.
- Proszę powiedz mi gdzie ona jest. – Prawie płakałem.
- Louis. Chciałbym ci powiedzieć, ale nie wiem. I daj jej trochę czasu. Ona wróci. Musi wrócić. Obiecał mi to.
- Ile czasu? Ile czasu jej nie będzie?
- Niedługo. Zanim się obejrzysz, a ona wróci.
- Dzięki.

Wyszedłem z pokoju. Czułem się bezradny. Nie mogłem już nic zrobić. Mogłem. Mogłem zrobić to o co mnie prosiła. Nie szukać jej. Ona kiedyś wróci. Skoro Simon mówi, ze niedługo. Dam radę. Ale jej nie ma. Ja cierpię. Louis, wszystko zaczyna się od nowa. Zostaw wszystko co jest za tobą. Zacznij od nowa. 



Hej. Ciężko mi pisać te słowa, ale to ostatni rozdzial. jeszcze nie płaczę. Został mi epilog. Epilog, którego postaram się nie spaprać. Aż ciężko mi się pożegnać z tymi bohaterami. Co sadzicie o tym rozdziale? Dobra, jednak zaczynam plakać. To koniec tej historii. wolałam skończyć tutaj niż zrobić z niej Modę na sukces. Nie sądzicie? Dzięki wam za wsparcie, którego mi udzieliliście. No i zapraszam na nowe opowiadanie : http://idontwannalive-ijustwannadream.blogspot.com/

6 komentarzy:

  1. Jak zwykle cudowny. I nie wierze ze to już koniec. Ciagle miałam nadzieje ze jednak bedą razem. Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dużo jest jeszcze do wyjasnienia. Został jeszcze epilog :)

      Usuń
  2. O wow :d niesamowity

    OdpowiedzUsuń
  3. Kocham, on jest jedyny w swoim rodzaju, zajebisty . . *.*
    A.S ;P

    OdpowiedzUsuń
  4. Oni muszą być razem. Popłakałam się jak zawsze, w szczególności w ostatnich rozdziałach :)
    Czekam na Epilog <3
    A.K. :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ryczę z rozdziału na rozdział :) czekam na happy end :*
    M.C. ;p

    OdpowiedzUsuń