*następnego dnia*
Obudziłam się w łóżku szpitalnym. Zaczęłam szybko mrugać
oczami. Doskonale wiedziałam czemu tu jestem. Katie zepchnęła mnie ze schodów.
Bolały mnie mięśnie. Odwróciłam głowę. Leżała tu torba. Najprawdopodobniej z
moimi rzeczami. Ktoś mi ją tu chyba przywiózł. Chciałam wstać, ale w nadgarstku
miałam podłączoną kroplówkę. Wkurzyłam się. Nacisnęłam czerwony przycisk
znajdujący się nieopodal mojej dłoni. Jeden dzwonek, drugi, trzeci. Po jakimś
czasie do mojej Sali wleciał mężczyzna w białym kitlu. Zgaduję, że to lekarz.
Usiadłam i czekałam aż zacznie mówić. Po chwili usłyszałam jego niski głos.
- Jak się pani czuje?
- Wydaje mi się, że dobrze. – Odparłam zachrypniętym
głosem. – Powie mi pan ajki jest stan mojego zdrowia? Nic mi się nie stało?
- Pani stan jest stabilny. Doznała pani tylko lekkiego
wstrząsu mózgu. Mam dla pani jeszcze jedną informację.
- Jaką? – W moim głosie zabrzmiał niepokój.
- Niestety złą. W skutek upadku poroniła pani.
- Chcę wyjść. – W moich oczach zakręciły się łzy.
- Za dwa dni panią wypiszemy.
- Chcę wyjść teraz. – Powiedziałam zdecydowanym głosem.
- Za jakąś godzinę przyjadą pani bliscy, może poczeka
pani.
- Nie, chcę wyjść sama. Teraz. Proszę przygotować
papiery, mają być gotowe za dziesięć minut.
Mężczyzna wyszedł, a ja wybuchłam płaczem. Energicznie wyrwałam
rurkę, którą miałam w nadgarstku i wstałam. Miejsce po kroplówce nieubłagalnie
piekło. Wyjęłam z torby ubrania, które przywieźli mi chłopcy, na pewno chłopcy.
Pospiesznie je na siebie ubrałam. Włosy zebrałam w byle jakiego kucyka. Nie miałam
makijażu. Zdecydowanym krokiem ruszyłam w stronę recepcji. Z moich oczu ciągle
płynęły łzy. Odpisałam jakieś papiery i wyszłam. Nie miałam ze sobą pieniędzy. Wsiadłam
do autobusu. Jechałam na gapę. Teraz nie obchodziło mnie nic. Liczyło się tylko
to, że musze jak najszybciej dojechać tam gdzie chciałam. Udało mi się dojechać
bez kontroli kanarów. Dwa auta stały przed moim domem. Ukryłam się pod kapturem
i poszłam w stronę domu Tay. Zadzwoniłam dzwonkiem. Otworzyłam mi promiennie
uśmiechnięta blondynka. Gdy mnie zobaczyła jej mina zrzedła. Wciągnęła mnie do
środka i mocno przytuliła. Zaczęłam płakać w jej bluzkę. Gładziła mnie po
włosach. Tak bardzo zabolała mnie strata mojego maleństwa. Musiałam gdzieś
uciec. I wiedziałam gdzie. Otarłam łzy z policzków i powiedziałam.
- Tay, musisz mi pomóc.
- Ale ty najpierw powiesz mi co się stało. Inaczej nic
nie zdziałam.
- Poroniłam.. – Wyszeptałam i znowu zaczęłam płakać. Tay
mnie przytuliła.
- Tak bardzo mi przykro.. Co mogę dla ciebie zrobić?
- Pomórz mi się dostać do domu tak, aby nikt mnie nie
zauważył.
- Zgoda. Od momentu mojego wyjścia masz godzinę.
- Tay, potrzebuję samochodu. A mój jest dość rozpoznawalny.
- To.. hmm. Pojedź do Simona on ci pomoże.
- Ale mnie nie zrozumie.
- Musisz mu powiedzieć, że chcesz zniknąć na jakiś czas.
Tay wyszła pół godziny później. Jakimś cudem dała mi
klucze od mojego domu. Chwilę później wszyscy wyszli i wsiedli do dwóch aut. Gdy
tylko odjechali wyszłam z domu Tay i dosłownie pobiegłam do swojego. Pospiesznie
otworzyłam drzwi i ruszyłam pędem do swojego pokoju. Do czerwonej walizki zaczęłam
wrzucać byle jakie ubrania. Po zapakowaniu walizki usiadłam na brzegu łóżka z
kartką papieru. Musiałam napisać kilka słów, dlaczego odchodzę. Zgięłam ją w
pół i skierowałam się na dół. Z szuflady wyjęłam portfel i paszport. Kartkę postawiłam
tak aby była widoczna. Wyszłam z domu i zamknęłam drzwi na klucz. Zamówiłam sobie
taksówkę. Pojechałam prosto pod budynek wytwórni. Zapłaciłam kierowcy i ze
swoją wielką czerwoną walizką poszłam do środka. Podeszłam do recepcji. Kobieta
na początku mnie nie poznała, ale później zaprowadziła mnie pod doskonale znane
mi szklane drzwi. Zapukałam w nie i uchyliłam je. Były dość ciężkie. Wciągnęłam
za sobą do pomieszczenia walizkę. Simon patrzał się na mnie zdziwiony. Nie wiedział
o co chodzi. Usiadłam na krześle przed nim. Otarłam łzy z policzków. Ten się
zapytał.
- Co się stało Cam? Mogę Ci jakoś pomóc?
- Tak, jak muszę na jakiś czas znikną Simon. Muszę. – Z moich
oczu ciągle leciały łzy.
- Powiedz mi dlaczego. Może będę mógł coś na to poradzić.
- Zginął Alex. Byłam w ciąży, ale poroniłam. – Prawie wyszeptałam.
- Ale jak to byłaś?! Ile to trwało? I z kim?
- Trzy miesiące. Ojcem był Louis. Ja muszę uciec.
- Ale wiesz, że ucieczka nie jest sposobem?
- Wiem, ale muszę. Wszystko muszę przemyśleć, zrozumieć.
Obiecuję, że wrócę. Daj mi tylko trochę czasu.
- Pół roku musi ci starczyć. Pewnie potrzebujesz
samochodu? – Pokiwałam tylko głową. – Marcie pokaże ci gdzie jeden z takich
stoi. Nie jest rozpoznawalny, nie martw się.
- Dziękuję.. – Powiedziałam i przytuliłam mocno mentora.
- No leć już, bo znając życie Louis zaraz tu przyleci.
Poszłam z Marcie do podziemnego garażu. Zaprowadziła mnie
ona do czarnego opla vectry. Dała kluczyki. Wpakowałam walizkę do bagażnika. Po
raz ostatni przetarłam łzy i wyjechałam z garażu. Niezbyt znałam drogę więc
włączyłam GPS’a. Kierunek Port Angeles. Nie mam już o co walczyć. Straciłam
wszystko. Zaczynając od tego, że zostawiłam Louisa, potem zginął Alex przez
moją głupotę i dziecko. Utrata tego ostatniego zabolała najbardziej. Gdy byłam
jeszcze w ciąży czułam jakby część Lou była przy mnie. Miałam jeszcze jakieś szanse
na odzyskanie jego, ale nie, ja musiałam wszystko spieprzyć. Kolejna dawka łez.
Przetarłam je wierzchem dłoni.
Przez całą drogę stawałam tylko jakieś cztery razy aby zatankować.
Olewałam to, że jestem zmęczona. Prawie
zasypiałam za kierownicą. Nagle samochód delikatnie skręcił. Szybko jakoś
zareagowałam. Wyprostowałam auto. Nawierzchnia zaczynała być śliska. Dojeżdżam
na miejsce. Powoli dojeżdżam na miejsce. Jadę już siedemnaście godzin. Nic dziwnego.
Moim celem było jedno miejsce. Musiałam tam przesiedzieć kilka dni zanim
wszystko ucichnie. Zanim Louis zdąży przyjechać do Port Angeles i z niego
wyjechać. Po godzinie dojechałam na miejsce. Stanęłam przed owym domem. Wysiadłam
i podeszłam do drzwi. Wahałam się czy to zrobić, czy też nie pójść jednak do
mamy. Zapukałam. Usłyszałam na schodach kroki. Chwile później drzwi otworzył mi
on, Jake. Nie wiedziałam co zrobić. Powiedziałam tylko.
- Musisz mi pomóc.
- Ale co się stało?
- Pomórz mi schować samochód, a resztę ci opowiem
później.
*dzień wcześniej, Eleanor*
Dzisiaj wszyscy postanowiliśmy odwiedzić Cam. Od rana
siedziałam w kuchni i robiłam śniadanie. Dołączyły do mnie Abb i Miles. Pomogły
mi robić śniadanie dla bandy tych idiotów. Nikt nie miał ochoty na śmiech.
Wszyscy od wczoraj byli poważni. No tak, nie co dzień jedna z naszych przyjaciółek
zaraz po śmierci ukochanego traci dziecko. Około dwunastej wszyscy zlecieli się
do kuchni. Usiedliśmy przy stole. W milczeniu jedliśmy kanapki, które
zrobiłyśmy. Ja dzisiaj nawet się nie malowałam. Po moich policzkach notorycznie
płynęły łzy. Siedzieliśmy tak i siedzieliśmy. Nagle ktoś z impetem otworzył
drzwi. W drzwiach stanęła Tay. Na twarzy miała promienny uśmiech, który wyglądał
dość sztucznie. Jest gwiazdą musi umieć udawać.
- Jedziemy do szpitala. Teraz. – Wydyszała.
- Poczekaj skończymy śniadanie. – Powiedziałam do niej.
- Ale ja chce zobaczyć Cam. – Zatupała nogami jak małe
dziecko.
- Ja też. Zbieramy dupy ludzie. – Dodał Louis i wstał od
stołu. – Sprzątniemy jak wrócimy. Chodźcie.
Ubraliśmy buty i zapakowaliśmy się do dwóch samochodów. Droga
dłużyła się. Nie powiem ja też chciałam zobaczyć się z Cam. Ktoś musiał ją
pocieszyć, a najlepiej zrobi to Lou. Przecież oni się kochają. Powinni być
razem. No bo to chore, że dwie osoby darzą się uczuciem i nie są razem. Z drugiej
strony wiem jak to wygląda z punktu widzenia Cam. On ją zranił i to już dwa
razy. Ciężko mi było o tym słuchać bo raz stało się to przeze mnie. Ale nie
mogę się o wszystko obwiniać. To wina Katie. Gdyby nie ona byłoby zupełnie
inaczej. Pewnie nie zaprzyjaźniłabym się z Cam. Kilka razy z nią rozmawiałam. Ona
mi wszystko wybaczyła. Nie ma już do mnie żalu o to, że wtedy odbiłam jej
Louisa. Z rozmyślań obudził mnie zatrzymujący się samochód. Wysiadłam z niego
szybko. Wszyscy spotkaliśmy się w jednym miejscu. Ruszyliśmy do budynku
szpitala. Od razu poszliśmy na oddział, na którym leżała Cam. Przed nami stał
lekarz dziewczyny. Lou podbiegł do niego.
- Dzień dobry proszę pana. Czy możemy już się z nią
zobaczyć? – Zapytał się.
- Niestety nie jest to możliwe. – Odparł lekarz z powagą.
- Dlaczego?! Coś jej się stało?! – Chłopak prawie płakał.
- Wręcz przeciwnie. Jest cała i zdrowa. Jednakże nie ma
takiej możliwości aby pan się z nią zobaczył. Pani Camila Gier wyszła dzisiaj
na własne życzenie. –Widziałam w oczach Louisa smutek. Podeszłam do niego i go
przytuliłam.
- Jedziemy do domu. – Wyszeptał.
Dosłownie wybiegł z budynku. Ledwo za nim nadążałam.
Zdjęłam swoje szpilki. Również zaczęłam biec. Chłopak chciał usiąść za kółkiem.
Nie pozwoliłam mu na to. Był zbyt roztrzęsiony. Nie mógł prowadzić. W jego
oczach ciągle widziałam łzy. Znowu ją stracił. Ciągle sobie powtarzał. ‘Muszę
ją złapać, muszę.’ Popadał powoli w jakąś paranoję. Starałam się go jakoś
pocieszyć, ale nie kontaktował on ze światem. Nie dziwię mu się. Ona właśnie mu
ucieka. Znam trochę Cam. Właśnie chce uciec od problemów. Ale to nie jest rozwiązanie.
Ucieka, ale sobie nie pomaga. Ciągle dusi to w sobie. Nie rozumiem jej decyzji.
Jest głupia. Przed problemami nie da rady uciec. One są jak cień, idą za nami. I
nic na to nie poradzisz.
*Louis*
Siedziałem w tym samochodzie i cierpiałem. Olewałem totalnie
to, że kilku ludzi, nawet nie wiem kto widzi jak płaczę. Znowu ja tracę. Znowu.
Z nerwów zacząłem obgryzać paznokcie. Widziałem, że El spojrzała na mnie
przerażonym wzrokiem. Nikt nie wiedział co się ze mną dzieje. Gdy dojechaliśmy
pod domu wyskoczyłem jak oparzony z auta. Drzwi były otwarte. Pobiegłem na
górę. Sprawdzałem po kolei każde pomieszczenie. Nigdzie jej nie było. Zbiegłem
na dół. Nic. Osunąłem się po ścianie i ukryłem twarz w dłoniach. Ktoś wszedł do
domu. El trzymała w ręku jakąś kartkę. Zakryła usta dłonią i zaczęła płakać. Co
się stało? Byłem zaniepokojony. Zaczęła czytać.
Kochani.
Przepraszam, to nie
tak miało wyjść. Nie chciałam was zostawiać. Ale to była moja głębsza potrzeba.
Teraz potrzebuję samotności. Muszę wszystko przemyśleć. Po pierwsze. El, nie
wyprowadzaj się stąd. Potraktuj ten dom jako prezent urodzinowy. Masz je już za
miesiąc. Nie martw się, złożę Ci życzenia. Po drugie. Nie szukajcie mnie. To
nie ma sensu. Muszę odpocząć. Ostatnie sytuacje mnie przerosły. Cały ten świat
stał się taki przytłaczający. Nie martwcie się, nie zabiję się. Przepraszam Cię
Louis, że zostawiam Cię samego. Wiem, ze i dla Ciebie strata naszego dziecka
była dość dotkliwa. Chce żebyś wiedział, że dla mnie znaczyło ono równie wiele.
Czułam, że mam przy sobie cząstkę Ciebie. Przepraszam Was Miles i Abb za to, ze
tak Was ostatnio zaniedbałam. Miłość. Rozumiecie? Jak wrócę obiecuję to
naprawić. Niall. Za Tobą będę tęskniła szczególnie wariacie. Jedz za mnie, bo
cos czuję, że niedługo schudnę. Nie wierzcie w to co będą o mnie mówili w
mediach. Będę przez jakiś czas MIA. Dziękuję Ci Tay za to, że mimo, że tak
krótko mnie znałaś to udzieliłaś mi wsparcia. Będę Ci za to wdzięczna bardzo
długo. Całej reszcie również dziękuję za to wsparcie. Potraktujcie ten list
jako pewnego rodzaju pożegnanie. Ja żegnam się z tym wszystkim co zostawiam za
sobą. Nie mogę jednak zniknąć. Obowiązuje mnie kontrakt i zamierzam się z niego
wywiązać. Przede mną długa i kręta droga. Będę za wami tęskniła. Nie szukajcie
mnie, dajcie mi pogodzić się z tym wszystkim. Ja obiecuję, ze o Was nie zapomnę.
Zawsze będziecie w moim sercu. Zawsze będziecie moimi zwariowanymi
przyjaciółmi, dzięki którym nawet w najbardziej pochmurny dzień potrafiłam się
uśmiechnąć. A mam coś do powiedzenia dla Ciebie Zayn. Zostaw przeszłość z tyłu
i walcz o Pezz. Ona Ciebie na serio kocha. Lou, nie patrz na mnie. Ułóż sobie
życie od nowa. Potraktuj mnie jako skończony rozdział. Harry! Dla Ciebie
powinnam spuścić największe lanie. Walcz o uczucia. Tak mówię o niej i wiem, ze
właśnie się na nią spojrzałeś. Liam i Abby. Pielęgnujcie swoje uczucie. Mam
nadzieję, że jak wrócę to dostanę zaproszenie na ślub. A Ty Niall nie zmieniaj
się. Gdzieś tam na Ciebie czeka twoja księżniczka. El, zacznij wierzyć w
uczucia. Wiem, że u Ciebie to wątpliwa kwestia, ale musisz zacząć czuć. Bo
jeśli nie zaczniesz to złoję Ci tą twoją piękną dupę. Dziękuję Wam za ten
wspólnie spędzony czas. Kiedyś się jeszcze spotkamy. Cam.
Siedziałem w osłupieniu. Nie wiedziałem co zrobić. Czyli
uciekła. Po raz kolejny ją straciłem. El uklękła obok i mnie mocno przytuliła. Zacząłem
płakać w jej bluzkę. Czułem jej łzy spływające na moje włosy. Usiadłem prosto i
otarłem łzy. Gdzie mogła pojechać? Wiem. Energicznym ruchem wstałem. Złapałem
El za nadgarstek i pociągnąłem ją za sobą. Z komody wziąłem kluczyki od
samochodu. Wyszliśmy z domu. Otworzyłem drzwi od strony kierowcy. Wcisnąłem tam
El i dałem jej kluczyki. Wyglądała na przestraszoną. Nie dziwię się jej, tez
bym się bał. Usiadłem ze strony pasażera. Spojrzała się na mnie pytająco.
Przewróciłem oczami i powiedziałem.
- Pod wytwórnię.
- Ale po co Lou? – Zapytała płaczliwym głosem.
- Proszę.. Zawieź mnie tam.
- Lou? Jest jakiś sens? Przecież to nic nie da.
- El. Kontrakt. Cam obowiązuje kontrakt. Musiała powiedzieć
Simonowi gdzie jedzie. Nie może sobie ot tak nagle zniknąć. Może stracić
kontrakt.
- Rozumiem. – Dziewczyna odpaliła silnik. Ruszyła. –
Kochasz ją.
- To było stwierdzenie.
- Widzę jak wyglądasz. Jesteś na granicy załamania
nerwowego.
- Zrozumiesz jak się w kimś zakochasz do tego stopnia, że
gdy odejdzie stracisz chęć do życia.
- Byłam już tak zakochana. – Zrobiła smutną minę. W jej
oczach zakręciły się oczy.
- W kim? – Byłem tego ciekawy.
- W tobie Lou. – Odpowiedziała mi ledwo słyszalnie.
- Więc czemu się rozstaliśmy?
- Bo ty przestałeś kochać. – Samochód się zatrzymał. – Dojechaliśmy.
Leć do Simona. Ja tu poczekam.
Wysiadłem z auta i pobiegłem w stronę wejścia. Poprosiłem
recepcjonistkę aby zaprowadziła mnie do Simona. Szła bardzo wolno. Ja tu się
spieszę! Szukam miłości swojego życia! Jeden schodek, dwa, trzy. Wielkie drzwi.
Mała brunetka uchyliła je i zapowiedziała moją wizytę. Wszedłem za nią do
pomieszczenia. Stała szeroko uśmiechnięta obok mnie. Zmroziłem ją wzrokiem.
Uśmiechnęła się blado i wyszła. Usiadłem na krześle przed Simonem. Przybrałem
poważny wyraz twarzy. Mężczyzna się odezwał.
- Co cię do mnie sprowadza Lou? – Na jego twarzy pojawił
się szeroki uśmiech.
- Camila. Co z nią?
- Mogę ci powiedzieć jedynie tyle, ze przyszła do mnie dzisiaj
i poprosiła o przerwę.
- Proszę powiedz mi gdzie ona jest. – Prawie płakałem.
- Louis. Chciałbym ci powiedzieć, ale nie wiem. I daj jej
trochę czasu. Ona wróci. Musi wrócić. Obiecał mi to.
- Ile czasu? Ile czasu jej nie będzie?
- Niedługo. Zanim się obejrzysz, a ona wróci.
- Dzięki.
Wyszedłem z pokoju. Czułem się bezradny. Nie mogłem już
nic zrobić. Mogłem. Mogłem zrobić to o co mnie prosiła. Nie szukać jej. Ona kiedyś
wróci. Skoro Simon mówi, ze niedługo. Dam radę. Ale jej nie ma. Ja cierpię.
Louis, wszystko zaczyna się od nowa. Zostaw wszystko co jest za tobą. Zacznij
od nowa.
Hej. Ciężko mi pisać te słowa, ale to ostatni rozdzial. jeszcze nie płaczę. Został mi epilog. Epilog, którego postaram się nie spaprać. Aż ciężko mi się pożegnać z tymi bohaterami. Co sadzicie o tym rozdziale? Dobra, jednak zaczynam plakać. To koniec tej historii. wolałam skończyć tutaj niż zrobić z niej Modę na sukces. Nie sądzicie? Dzięki wam za wsparcie, którego mi udzieliliście. No i zapraszam na nowe opowiadanie : http://idontwannalive-ijustwannadream.blogspot.com/
Jak zwykle cudowny. I nie wierze ze to już koniec. Ciagle miałam nadzieje ze jednak bedą razem. Pozdrawiam <3
OdpowiedzUsuńdużo jest jeszcze do wyjasnienia. Został jeszcze epilog :)
UsuńO wow :d niesamowity
OdpowiedzUsuńKocham, on jest jedyny w swoim rodzaju, zajebisty . . *.*
OdpowiedzUsuńA.S ;P
Oni muszą być razem. Popłakałam się jak zawsze, w szczególności w ostatnich rozdziałach :)
OdpowiedzUsuńCzekam na Epilog <3
A.K. :D
Ryczę z rozdziału na rozdział :) czekam na happy end :*
OdpowiedzUsuńM.C. ;p